Sto lat temu zmarł Władysław Reymont, wielki pisarz, noblista, autor… no właśnie. Ziemię obiecaną i Chłopów zna każdy (prawie) każdy głupi, a i wielu mądrych. Ale te mniej popularne utwory, na przykład Pielgrzymkę do Jasnej Góry, Marzyciela czy Bunt? Ja właśnie nadrabiam zaległości z okazji Roku Reymonta. Nadrabiam, ale i odkrywam wielce ciekawe rzeczy.
Pielgrzymkę do Jasnej Góry napisał młody, początkujący literat. Publicysta, a jak się potem okazało pionier polskiego reportażu. Reportażu uczestniczącego – wysłany przez redakcję, towarzyszył pielgrzymce z warszawskiej Pragi do Częstochowy. Był maj 1894 roku, setna rocznica insurekcji kościuszkowskiej. Masowa pielgrzymka z różnych miast do maryjnego sanktuarium miała oprócz religijnego, także wymiar patriotyczny. A dla Reymonta również poznawczy – obejrzał kawał kraju, wmieszał się w „sam szczery lud”, zrozumiał, że słowa pieśni trzystoletniej (śpiewali psalm Kochanowskiego) są „cementem, który ich spaja i jednoczy”. Czy przeżył religijne olśnienie? Tę tajemnicę zostawił dla siebie, na pewno zgubił po drodze „swoje ja, sceptyczne i ironizujące”…
Bunt to ostatnia powieść Reymonta, napisana 20 lat przed Orwellem alegoryczna historia o buncie zwierząt przeciwko człowiekowi. Tyle że zwierzęta nie przejmują folwarku, tylko wyruszają w wielką podróż do krainy szczęśliwości gdzieś na wschodzie. I nie świnie kierują rewolucją, ale pies. I podobnie jak u Orwella cała sprawa przeradza się w jakąś antyutopię. Bunt drukowany był w 1922 roku w prasie (w „Tygodniku Ilustrowanym”, tym samym, w którym ukazała się Pielgrzymka), pierwsze wydanie książkowe pochodzi z roku 1924, roku przyznania Reymontowi Nobla. Co ciekawe, w wielotomowym wydaniu dzieł pisarza z 1957 roku tego utworu brakuje – za bardzo kojarzył się z krytyką komunizmu. O chłopach owszem, o ciężkiej pracy w łódzkich fabrykach – jak najbardziej, o nieudanych eksperymentach społecznych i mrzonkach rewolucjonistów – niekoniecznie.
Skoro jesteśmy przy noblistach, to bardzo ciekawa jest nowela Wspomnienie, której bohater pracuje na kolei warszawsko-wiedeńskiej (Reymont znał to środowisko z autopsji),coś tam sobie pisuje. Któregoś dnia pożycza od starszego urzędnika Trylogię Sienkiewicza i czyta przez całą noc (w dodatku jest to noc sylwestrowa). Zapomina, że w Nowy Rok miał odwiedzić naczelnika w sprawie lepszej posady. Posada przepada, zupełnie jak u latarnika Skawińskiego, który czyta Pana Tadeusza. Chyba napiszę opowiadanie o dziennikarzu, który zapomniał wysłać zamówionego tekstu, bo się zaczytał w Reymoncie. Może dostanę Nobla za skromność…
Na koniec wrócę do Pielgrzymki, w której znajdują się między innymi opisy mijanych na trasie kościołów. Przeważnie krytyczne, młodemu Reymontowi nic się nie podoba, a już szczególnie nie podobają mu się rzeźby. „Istna ciesiołka barbarzyńska”. W Wielgomłynach widzi „rzeźby wcale nie partenońskie, ale rodzone siostrzyce potwornych garncarskich lepianek, sprzedawanych po wiejskich folwarkach jako zabawki dla chłopskich dzieci”. Sąd odważny, pełen młodzieńczej dezynwoltury. Mieszkańcom Wielgomłynów może być przykro? Nie musi. Oto bowiem w opowiadaniu Marzyciel z 1909 roku (czyli napisanym 15 lat później) Reymont wysyła swojego bohatera do Francji. Za skradzione na kolei pieniądze zwiedza on lokale i zabytki wymarzonego Paryża. Nie znajduje jednak satysfakcji. W Notre Dame „nie porwały mu duszy łuki ni wieże”, rzeźby też nie bardzo. Ale uwaga! „Rozśmieszyły go tylko potwory stróżujące z balkonów nad Paryżem, gdyż przypominały lepianki z gliny, jakie widywał na odpustach i jarmarcznych straganach”. Brzmi znajomo.
Reymont i Orwell, Reymont i Sienkiewicz, Reymont i Reymont. Czytajmy i szukajmy analogii, nawiązań, powtórzeń. Taka rozmowa „jest cementem, który nas spaja i jednoczy”.
Felietony
Zamknęła się kolejna księgarnia w moim mieście. Tym razem na głównej ulicy. Z pamięci wyliczam sobie dziesięć adresów, gdzie kiedyś kupowałem książki, a dziś - dziś mogę kupić tam używaną odzież, iść na siłownię lub do lekarza. Część lokali stoi pusta. Dlaczego księgarnie upadają? Nie ma jednej przyczyny, sam mogę wyliczyć z dziesięć powodów.
Felietony
Sześć lat temu ukazała się moja książka zatytułowana "Wanna na wydaniu". Książki dość szybko przestają się podobać ich autorom, a ja wciąż ją lubię. Jest dowcipna, mówi o ważnych rzeczach, ale się nie wymądrza, ma fajną okładkę, czyli... gdyby była panną, byłaby świetną partią. W dodatku całkiem wysportowaną - wszak od lat regularnie odwiedza Stację Nowa Gdynia...